Wyjście ze spirali dokarmiania – historia walecznej Agnieszki

picmonkey

Agnieszkę poznałam w naszej bliźniaczej grupie wsparcia dla mam karmiących. Widziałam jej posty, w których walczyła jak lwica o karmienie piersią. Problemy zaczęły się już w szpitalu, kiedy jej synkowie byli dokarmiani bez żadnych zapowiedzi czy uzgodnień 🙁 w jednej z naszych pierwszych rozmów Aga napisała: „Powiem Ci szczerze, że jest tu miernie jeśli chodzi o kp. Szpital, w którym rodzi się najwięcej dzieci w Polsce a zero nastawienia na karmienie naturalne, brak banku mleka i dokarmianie wszystkich dzieci mm bez pytania.” Zerowe wsparcie, zerowa wiedza, brak zaangażowania personelu medycznego spowodowały, że Agnieszka wpadła w ciężką spiralę dokarmiania.  Jak z niej wyszła przeczytajcie sami. Dla mnie ogromny podziw. 

18155540_1479652418735665_987938123_n

„Nasza mleczna historia nie jest do końca pozytywna i zastanawiałam się czy warto ją opisać. Czy nie odstraszy niepotrzebnie mam na początku ich własnej mlecznej przygody. A potem pomyślałam sobie, że jeżeli któraś z Was będzie miała podobną sytuację jak my, a nie będzie miała mojego doświadczenia to może się poddać, bo jeszcze nie wie tego co ja. Mianowicie tego, że karmienie piersią oprócz wszelkich wiadomych względów zdrowotnych dla dziecka i mamy daje kobiecie niepowtarzalną moc, stwarza między mamą a dzieckiem wyjątkową więź i podnosi wiarę w siebie i swoje możliwości! A skąd miałam tą wiedzę? Otóż doświadczałam już tego pięknego daru natury – karmiłam swoim mlekiem pierworodną córkę przez 20 miesięcy. Najpiękniejszych miesięcy mojego macierzyństwa! I dlatego wiedziałam, że nie wolno mi się poddać! Że warto! Że karmienie chłopaków pomimo gorszego początku nie zawsze będzie drogą przez mękę. Wiedziałam, że nadejdą w końcu takie chwile, że będą się we mnie wpatrywać niebieskie patrzałki pełne miłości i dla każdego z nas będą to momenty prawdziwego szczęścia. I nadeszły! Ale po kolei…

Nasi chłopcy – Jakub i Kacper – przyszli na świat w 34 tygodniu ciąży przez cesarskie cięcie. Pomimo dobrych parametrów trafili na oddział neonatologiczny opieki pośredniej, gdzie musieli pozostać aż nabiorą masy (waga urodzeniowa 2120g i 1820g – spadkowa 1820g i 1610g.). Zobaczyłam ich dopiero 24h później – byli już oczywiście bez mojej zgody dokarmieni mlekiem modyfikowanym, nie miałam także zgody lekarza na kangurowanie, próby przystawiania do piersi szły opornie – chłopcy nie mieli siły ssać.

18073421_1473243222709918_480290420_n

Potajemne kangurowanie jednego z chłopców.

Jak Kuba się w końcu przyssał spadła mu saturacja i musiał być ‘ocucony’ przez położne. Widok siniejącego dziecka i wyjącej aparatury był dla mnie szokiem. Były to chwile – a było takich epizodów kilka, które ciężko mi opisywać i najchętniej bym je wymazała z pamięci. Otóż okazało się, że obydwoje nie mają koordynacji ssanie- połykanie- oddychanie. Robiąc jedną czynność zapominali o drugiej, więc musieli przejść na karmienie sondą. Oczywiście nie poddałam się – kupiłam laktator, a siarę ściągałam dla nich ręcznie. Na początku było to jedynie kilka mililitrów – jak nie szło podzielić to dostawali na zmianę. Niestety w naszym rejonie nie ma banku mleka kobiecego, ale każdego dnia pokarmu pojawiało się więcej i wkrótce wystarczało dla nich obu. Chyba nie muszę mówić jak ważne jest pierwsze mleko mamy dla wcześniaka! Pomimo porad oddziałowej pielęgniarki laktacyjnej, że mam przyjść odciągać za pięć dni, bo „ma Pani flaki, a mleko po cc pojawia się po 5 do 7 dniach”. Także radzę jeszcze przed porodem załatwić sobie namiary na Certyfikowanego Doradcę Laktacyjnego – oby się ten kontakt nie przydał, ale trzeba zdawać sobie sprawę, że temat laktacji w wielu szpitalach jest jeszcze daleko w średniowieczu i często personel nieopatrznie szkodzi zamiast realnie pomagać. Chłopcy byli na sondach prawie dwa tygodnie – przez ten czas pielęgniarki uczyły chłopaków pić z butli (bo samodzielne spożywanie pokarmu było warunkiem wyjścia ze szpitala) a ja – pomimo lęków związanych ze spadkami saturacji podkładałam im po kryjomu pierś. (Niestety byliśmy obarczeni bzdurnym zakazem karmienia, bo „nie będą mieli kontroli nad tym ile przybierają, a na razie za mało tyją”. Bzdura jakich mało!) Szło im opornie – odblokowali się dopiero jak przystawiłam ich bez sond, które sobie nieustannie wyszarpywali. Okazało się, że to rurki w buzi były przyczyną nieefektywnego ssania! Ssali wprawdzie niechlujnie – przez wzmożone napięcie mięśnie okrężne wokół ust nie działały tak jak powinny – dużo mleka po prostu uciekało im bokiem, krztusili się i szybko się męczyli, ale wiedziałam, że to da się wyćwiczyć. I nadszedł w końcu ten dzień – Kuba osiągnął wagę 2010g i mógł opuścić szpital! Niestety bez brata. To był dzień pełen emocji – tych dobrych i tych złych – zresztą jak cały pobyt w szpitalu. Mnie wypisano po 7 dniach, Kubę po 16, a Kacpra dopiero po 21. To boli, gdy trzeba zostawić dwoje dzieci – ale można przyjeżdżać i siedzieć z nimi do oporu. Jednak gdy jedno dziecko jest w domu na piersi, to trudno znaleźć czas żeby zaopiekować się drugim w odległym szpitalu. Nie idzie się niestety rozdwoić. Jeszcze bardziej boli gdy się przyjeżdża do szpitala o 2 w nocy, żeby nakarmić syna, syn śpi, a w łóżeczku pusta butla po mm. Pielęgniarki nakarmiły go godzinę wcześniej bo był ponoć głodny. Napoiły go sztuczną mieszanką pomimo mojego zakazu i pomimo tego, że w kuchni mlecznej mieli w zapasie prawie pół litra mojego mleka! Wierzcie mi, że wisiałam na laktatorze w dzień i w nocy walcząc o każdą kroplę mleka a im nie chciało się pokonać 15 metrów do lodówki… Cóż – pewnych rzeczy się nie przeskoczy. Pobyt synów w szpitalu był i jest dla mnie traumą, której się nie pozbędę do końca moich dni. Ale następne 1,5 miesiąca – w domu! przy piersi! było cudowne. Pomimo tego, że chłopcy ulewali w trakcie karmienia, po nim i przed następnym karmieniem. Potrafili chlusnąć na 1,5 metra przez usta jak i przez nos. Spaliśmy w pozycjach pół siedzących z dziećmi na naszych klatkach piersiowych, bo baliśmy się, że nie będziemy słyszeli jak w nocy krztuszą się wymiocinami. Chłopcy przybierali mało, ale mieścili się prawie w normach, więc lekarka nam pobłażała.

18052647_1473248592709381_205418440_n

Do czasu, gdy po kontrolnej morfologii okazało się, że obydwoje mają bardzo silną anemię. Trafiłam z Kacprem do szpitala, gdzie musiał mieć podane preparaty krwiotwórcze i antybiotyki na wykryte przy okazji zachłystowe zapalenie płuc. Kuba został na 10 dni odcięty od mamy – i oczywiście od piersi. Został z tatą i babcią i na szybko kupioną butelką. W szpitalu oczywiście walka, żeby pozostać przy moim mleku. „Anemia to wynik nie przyswajania żelaza, którym ulewali, a ulewanie to oczywiście wina mojego mleka, które im szkodzi”. Nie usłyszałam żadnych logicznych argumentów na poparcie tej tezy. Po wysłuchaniu opinii jaką to ‘złą jestem matką, bo głodzę dzieci, bo bliźniaków nie da się przy mojej posturze wykarmić piersią’ poprosiłam grzecznie o konsultację z gastroenterologiem, który poparł mnie w kwestii podawania mojego mleka, niestety polecił zagęszczać i podawać butelką, bo inaczej (jak wtedy myślałam) się nie da. Poszłam na ten kompromis – a że w końcu Kacper zaczął przybierać, metodę tą zastosowaliśmy także u drugiego bliźniaka. Patrząc z perspektywy czasu zrobiłabym teraz inaczej – wprowadziłabym sns, albo wymyśliła inny sposób zagęszczania. Niestety ponieważ odciąganie zajmowało mi ponad 6 godzin dziennie, a miałam do opieki także starszą córkę butla wygrała. Chłopcy w 2 m-ce podwoili swoją wagę, mimo iż nadal ulewali. Także ich potrzeby żywieniowe wzrosły a ilość odciąganego pokarmu niestety nie. Dlatego musiałam zacząć dokarmiać chłopców mm, co odebrałam jako moją osobistą porażkę. Mam bardzo kategoryczne zdanie o mieszankach mlekozastępczych – uważam, że nawet stosowane nazewnictwo jest błędne, ponieważ nic nie zastąpi mleka mamy. Tak jak żadnemu dziecku nie jest potrzebne <mleko następne> skoro mają najlepsze – mamine. Ot – kolejna sztucznoza w naszym życiu – jak gorący kubek na obiad, czy głęboko mrożona pizza – tylko w wersji dla dzieci. I ogromne pieniądze włożone w reklamę – żebyśmy my kobiety, matki uwierzyły, że nie ma na świecie cudowniejszego wynalazku i możemy sobie odpuścić przy pierwszym lepszym niepowodzeniu. Ja odpuścić sobie nie mogłam! Gnębiły mnie wyrzuty sumienia, że nie jestem w stanie zapewnić dzieciom odpowiedniego pożywienia, że to ze mną jest coś nie tak. Szukałam przyczyn i co raz to nowych rozwiązań, ale żadne herbatki, laktatory, zioła – nic nie działa na piersi tak dobrze jak ssące dziecko! Ponieważ bałam się, że niedługo wpadnę w spiralę dokarmiania i chłopcy zapomną jak się ssie po tym czasie zaczęłam powoli wracać na pierś. Szło nam mozolnie i nie obyło się bez płaczu – i chyba nawet częściej mojego niż synów. Pili tylko mleko z „pierwszego swobodnego wypływu” a potem wycie, prężenie się, odpychanie. Najpierw zaskoczyli w nocy. Z pierwszej nocki bez dokarmiania cieszyłam się bardziej niż z roweru na Pierwszą Komunię! Ssanie w dzień ćwiczyliśmy przez długi czas zanim nie postanowiłam, że definitywnie odstawiam im mm. Niestety nawet to nie skłoniło ich do chętniejszego sięgania po pierś – w miesiąc schudli ponad 500g i spadli na 25 centyl. Waga uspokoiła się i zaczęła piąć się w górę dopiero po ok.2 m-cach i stopniowym wprowadzeniu diety uzupełniającej. Dlatego nie jest to historia z super happy end’em, ale udało nam się wyeliminować mm. Nie poddałam się, wytrwałam pomimo przeciwności losu, opinii nieprzychylnych nam osób a czasami także lekarzy i personelu medycznego. Był to czas moralnych wewnętrznych sporów, obaw o dobro dzieci – zwłaszcza jak waga dzieci zaczęła lecieć w dół. Pomimo iż byliśmy pod kontrolą neonatologa, napotkałam opór ze strony rodziny i zaczęłam wątpić w słuszność mojego uporu w chęci wyłącznego karmienia piersią. Chciałam się poddać. Wiele zresztą razy! Była to długa walka i nie wszystko jest tak jak sobie wymarzyłam. Od epizodu butelkowego nie było mowy o karmieniu jednoczesnym, przez wzmożone napięcie i asymetrię chłopcy nadal pomimo rehabilitacji byli podczas karmienia niespokojni i trudni do okiełznania, ale dla mnie osobiście to, że w ogóle udało nam się powrócić do piersi to jest duży sukces. A odkąd rozszerzyliśmy dietę chłopcy ssą pierś nawet częściej niż wcześniej i mam nadzieję, że będziemy się karmić piersią dopóki cała trójka będzie ku temu rada. Dopiero w okolicach 11 m-cy chłopcy przy piersi się odprężyli na tyle, że są w stanie wspólnie zasiąść przy piersiowym posiłku, i nasze kp przestało przypominać ciągłą walkę. Teraz jest pięknie – mam dwóch przystojnych, radosnych przytulasków, którzy na piersi mamy wypłakują wszelkie troski 😉

Pozdrawiam wszystkie mamy, które starają się wbrew przeciwnościom losu karmić piersią – bądźcie silne! Wierzcie w siebie! Zaufajcie intuicji!

I nie bójcie się prosić o pomoc. Bez pomocy Twojej Kasiu, nasza historia mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej. Dziękuję za stawianie mnie do pionu po każdym napadzie wątpliwości 🙂 Teraz już wiem, i powtarzam wszystkim wątpiącym w ilość pokarmu, że laktator to nie miara 😉

Agnieszka Brodala
Mama Zosi (3,5 l.),
Jakuba i Kacpra (16 m-cy)” przesyłamy pozdrowienia z karmienia 🙂 !!
17264767_1429203860447188_2931612704539077185_n

Aga – jesteś wzorem dla wielu mam, przyglądałam się Twojej walce, jestem pełna podziwu ile w Tobie było samozaparcia i ogromnej motywacji do karmienia pomimo takich schodów. Jestem z Ciebie dumna, z Was, że chłopaki w końcu zaakceptowali fakt, że muszą trochę popracować na mleko <3 <3 Czytałam dziś nasze wiadomości prywatne, tak bardzo chciałaś karmić i dokonałaś tego, macie ponad 16 miesięcy a Wasze drugie śniadanie wygląda tak: !! <3 

18268198_1491346587566248_4226785566613775616_n

Jesteś wielka osobą w drobniutkim ciele <3
Dziękuję za tą historię! Ściskam Was! :*

Historia Agi i jej chłopców pokazuje wyraźnie dwa problemy, które mogą wpłynąć na powodzenie w karmieniu piersią. Pierwszy z nich – szpital. Zamiast wsparcia, dostarczania wiedzy w wielu szpitalach świeżo upieczone mamusie dostają dawkę mitów przekreślających karmienie naturalne. Np. „zbyt małe piersi do karmienia naturalnego (tym bardziej bliźniąt)”, „bliźniaków nie da się karmić piersią”, skoro noworodki płaczą i nie dają się odłożyć to znaczy, że mleka jest za mało i potrzebne jest dokarmianie”, „spadek wagi jest wskazaniem do dokarmiania”. ehhh, wymieniać mogę jeszcze bardzo długo 🙁
Poziom wiedzy położnych i lekarzy na temat laktacji jest żenujący. Na wielu polskich oddziałach wprowadzony jest zakaz kangurowania czy przystawiania dzieci do piersi, a siara, tak drogocenna wartość dla każdego noworodka nie tylko wcześniaka często ląduje w koszu!!!! 🙁 Noworodki dokarmiane są bez wiedzy i często zgody rodziców. Dla mnie jest to oburzające. Jeśli spotkacie się z takimi praktykami zgłoście się do Fundacji Promocji Karmienia Piersią, która czuwa, aby w Polsce zachowane zostały standardy laktacyjne.

Drugim ogrooomnym zagrożeniem dla karmienia z piersi jest „tymczasowe” wprowadzenie karmienia butelką. Cel zazwyczaj jest taki, aby maluchy nabrały wagi, ponieważ z piersi nie wiadomo ile zjadły. Zrozumiały jest strach mam o przyrosty, dlatego warto wiedzieć w jaki sposób rozpoznać, że karmienie jest efektywne i że dziecko się najada. Zajrzyjcie do niezawodnej Hafiji i jej wpisu o wskaźnikach skutecznego karmienia o TUTAJ. Znajdziecie tam pdfy do pobrania. Proponuję zabrać je sobie ze sobą do szpitala, jako bardzo ważny element wyprawki 🙂 Bowiem wiele mam po podaniu butelki pisze, że jej maluchy nie chcą ssać piersi. Pamiętajcie, NIE MA TAKIEJ BUTELKI, która będzie zastępowała pierś mamy. To jest zupełnie inny schemat ssania, i NIGDY nie ma pewności, czy dziecko w konsekwencji odmówi piersi czy nie. To, że czyjś synek czy córka akceptują obie formy nie znaczy, że w naszym przypadku będzie tak samo. Bądźcie tego świadome przy podejmowaniu decyzji o wprowadzeniu butelki.

Proszę Was Mamusie ciężarne nie dajcie sobie wciskać laktacyjnych kitów, już na etapie ciąży zdobądźcie solidną, aktualną wiedzę na temat karmienia piersią, czytajcie Hafiję, dołączcie do naszej grupy na FB klikając TU. Dzięki temu nabierzecie laktacyjnej pewności siebie i będziecie miały siłę walczyć o swoje jeśli tylko zajdzie taka potrzeba. Trzymam kciuki ;*